Nasza grupowa para od 1,5 roku tworzy związek po prostu piękny.
Nazywam tak związki zwyczajne, dojrzałe. Bez nadmiaru słodyczy, a patrzące razem w jednym kierunku.
Wydawało mi się, że prędzej czy później stawimy się wszyscy na ich ślubie, bo po prostu nie umiem już ich sobie wyobrazić osobno.
A jednak coś zaczyna się psuć.
Bo ona wyjeżdża (przynajmniej) na pół roku na wymianę studencką.
On zostaje tutaj i widać, że go to dręczy.
Tylko czy to jest powód, by nagle traktować swoją dziewczynę oschle?
By niby mówić, że nie ma się dla niej czasu?
Chciałabym zrozumieć facetów, ale pod tym względem nie potrafię.
Małym dziewczynkom wmawia się, że mężczyzna ma być dla nas oparciem.
Że to on ma być twardszym,
tym odważniejszym.
Ale ja czuję się oszukana i rozczarowana. Nie znam faceta, który umiałby usiąść i powiedzieć szczerze, co go gryzie.
Nie, bo najłatwiej unikać.
Unikać spojrzenia w oczy,
unikać rozmowy,
unikać spotkania.
Aż tu nagle związek czy znajomość się wypala, ale przecież to nie jego wina, prawda?
To nieprawda, że mężczyźni są silniejsi. Nie są, a przynajmniej nie ci, których znam ja.
Bo to oni bardziej rozpaczają po nieudanych związkach,
to oni boją się dentysty
i to dookoła nich trzeba biegać, gdy leżą przeziębieni w łóżku.
Po co więc gadanie o męskim, silnym ramieniu ?
I w końcu czy facet ma prawo być zły tylko dlatego, że młoda dziewczyna, która marzyła zawsze o Hiszpanii i ma możliwość poznania trochę świata, chce tam wyjechać?
Dlaczego, do cholery, faceci nie potrafią po prostu wesprzeć nas w naszych ambicjach, w dążeniu do jakiegoś celu, tylko tak bardzo chcą, by wszystko szło po ich myśli?
-
kropencjaa:
-
Sentymentalna.♥:
-
Madeleine.:
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›